Dokładnie pamiętam ten dzień…

To był moj pierwszy lot samolotem.
Rok 2002.

Usłyszałam wtedy od stewardessy podczas instruktażu, że w razie jakiejkolwiek sytuacji stresowej, maskę tlenową ZAWSZE najpierw zakładamy sobie, a potem dopiero współpodróżnikom.

Byłam wtedy w ciąży.

Możesz siebie wyobrazić, jak wściekła byłam na tę kobietę!
Co za absurdalny pomysł! Najpierw sobie!!!
Bezduszna, egoistyczna baba,
na dodatek bez pojęcia o życiu!
Nie mogłam przeżyć, ani zrozumieć tego, jak w ogóle można tak pomyśleć!
I mówić o tym innym ludziom! Szczyty bezczelności!

Mijały lata.
A dokładnie 18 lat życia i pełnienia jednoczenie wieku szalenie ważnych dla mnie życiowych ról.
Żony, mamy, córki, przyjaciółki, przedsiębiorczyni, szefowej…

W każdej z nich dawałam sto procent siebie.
Każdy obszar życia traktowałam z największą starannością i zaangażowaniem.

Osiągnęłam bardzo wiele.
Byłam dumna, spełniona zawodowo i prywatnie.

Byłam również przepotężnie zmęczona. Na każdym poziomie – fizycznym, psychicznym, emocjonalnym, mentalnym…

Przez te wszystkie lata, skrzętnie i pod przykrywką „idealnej”, składałam się na swój sposób w ofierze.
Życiu.
Ludziom.
Rodzinie.
Przyjaciołom.

Nikt tego ode mnie nie oczekiwał.
Poza mną samą.
Wierzyłam, że tak trzeba.
Wierzyłam, że taka moja rola i droga.

Być dla innych – wsparciem, oparciem, przyjaciółką, pomocną dłonią, słuchaczem, fanką, wyręczycielem, usługodawcą…

Być tą, która zawsze pomoże i będzie gotowa, by jechać na drugi koniec świata.

Nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie jeden, ale cholernie istotny szczegół.

W całym moim życiu, przy podejmowaniu żadnej decyzji, nigdy nie brałam pod uwagę siebie.

Nie byłam dla siebie ważna.
Nie byłam swoim wsparciem.
Nie byłam swoją przyjaciółką.

Nie wiedziałam nawet, jaka tak naprawdę jestem.
Co lubię.
Co sprawia mi przyjemność.
Co mnie uszczęśliwia.

Potrafiłam za to wymienić ulubione „wszystko” wszystkich.
Wiesz, o czym mówię, prawda?

Przyszedł rok 2020.
Rok, w którym ochodziłam swoje 40 urodziny.

To on był końcem i początkiem jednocześnie.
Był mostem między życiem, w którym
dawałam z siebie wszystko, a życiem,
w którym zaczęłam dawać sobie wszystko…

Bez żadnego uszczerbku dla moich najbliższych.
Ale z uważnością na siebie.
Z traktowaniem siebie serio.
Z poznawaniem siebie na nowo.
Z przypomnieniem sobie, jaka byłam, zanim przyjęłam za prawdę to, jaką powinnam być.

Mija 5 lat mojej podróży.
Nadal się uczę.
Wiem i wierzę, że ten proces nie ma końca.
Ale wiem, że musiał mieć swój początek…

Dziś, podsumowując ostatnie 5 lat swojego życia, z wielką wdzięcznością spoglądam w przeszłość. Tę sprzed kilkunastu lat również.

Dzięki niej, dziś jestem taka, jaka jestem.

To dlatego moja nadwrażliwość wyczuwa to, o czym milczysz.
To dlatego rozumiem bez słów z czym się mierzysz na różnych etapach i w różnych obszarach swojego życia.

To dlatego – często w rozmowach z Tobą, słyszę – Boże! Skąd wiedziałaś?

Nie przeczytałam tego w książkach.

Byłam tam.
Czułam to.
Nie czułam tego.
Spałam. Nie spałam.
Czekałam na pochwałę.
Czekałam na uznanie.
A może, nie czekałam na nic?

Dziś wiem i wierzę, że zawsze wszystko jest tak, jak ma być.
I wydarza się we właściwym czasie.
I działa na naszą korzyść.

I jeśli mogłabym w swoim życiu spełnić tylko jedno marzenie, wybrałabym bez wahania właśnie to.
Aby jak najwięcej kobiet na świecie dało sobie pozwolenie na bycie dla siebie ważną…
Na wzięcie siebie nie w garść, ale do serca ♥️

Jestem ogromnie wdzięczna za kolejny rok mojej życiowej drogi.
Z miejsca głębokiego spokoju w sercu i bezkresnego zaufania – dziękuję.

Aurelia.

PS JESTEŚ NIEZWYKŁA! ❤️